W jaki sposób polskie władze likwidują oświatę w państwie
2012-04-04
Kiedyś dzieci na lekcji historii uczono, że Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną. Ten prosty skrót myślowy w pewnym sensie oddawał rzeczywistość epoki ostatniego Piasta na polskim tronie. Powodem tej chlubnej sławy wielkiego monarchy był fakt, iż istotnie za jego panowania Polska ustabilizowała swoje granice, dokonała ekspansji na kierunku południowo-wschodnim, ale przede wszystkim dokonał się bezprecedensowy na ziemiach polskich rozwój miast i handlu. Właśnie dzięki nim udało się zbudować silne fundamenty państwa, które umożliwiły w kolejnych dziesięcioleciach pokonać potężny Zakon Krzyżacki oraz przygotować państwo do złotego okresu kultury polskiej przypadającego na XV i XVI wiek.
A teraz spójrzmy na obecną Polskę, na to co się dzieje w granicach naszego kochanego państwa. To co przede wszystkim rzuca się w oczy to zwijanie się państwa do kilku dużych ośrodków miejskich: Warszawa, aglomeracja katowicka, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Poznań, Łódź w mniejszej skali Lublin i Szczecin. Reszta kraju, a przede wszystkim prowincja ulega zadziwiającemu w obecnych czasach procesowi decywilizacji. Jego przejawem jest likwidowanie w średnich i mniejszych miastach sądów, straży miejskich, placówek oświatowych, kulturalnych, ochrony zdrowia, poczty polskiej. Ten skandaliczny proces dokonuje się za wiedzą, ale też za błogosławieństwem władz centralnych.
Szczególnie w ostatnich miesiącach dają się odczuć skutki decyzji podjętej przez ministra finansów Jacka Rostowskiego, który nałożył kaganiec finansowy na jednostki samorządów terytorialnych, w tym przede wszystkim na gminy. Absurdalność decyzji ministra polega na tym, że nie wyznaczono w żaden sposób idei budżetowania zadaniowego, tylko wskazano limity finansowe, których samorządy nie mogą przekraczać. Nie trzeba być wnikliwym znawcą życia publicznego i politycznego, aby mieć świadomość, że w takiej sytuacji samorządy zaczynają cięcia od tego, co w najmniejszym stopniu dotyka urzędników, czyli przede wszystkim działalności oświatowej i kulturalnej, podczas gdy biurokracja może się w dalszym ciągu bujnie rozwijać.
Owocem tego jest fakt, że jak wynika z danych zgromadzonych przez „Rzeczpospolitą” z oddziałów Kuratorium Oświaty, tylko w przyszłym roku planowanych jest zlikwidowanie około 2,5 tys. placówek oświatowych na terenie kraju. Gdyby do tego doszło, byłoby to absolutnym rekordem w historii całej polskiej edukacji narodowej, porównywalnym jedynie z działalnością zaborców oraz władz nazistowskich, które otwarcie dążyły do wyrugowania polskiej kultury i oświaty. Prawdziwe edukacyjne tsunami, po przejściu którego zniszczone zostaną fundamenty polskiego szkolnictwa, czego nie będzie już można odbudować w najbliższych latach, może nawet dziesięcioleciach.
Rząd pytany o te zatrważające prognozy umywa ręce i zasłania się zapaścią demograficzną, przejawiającą się w zmniejszającej się liczbie uczniów. Po części z pewnością ma rację, jednak jedynie po części. Owszem, nikt zdrowo myślący nie będzie się upierał, że obecnie młodzieży szkolnej jest tyle samo, co jeszcze chociażby 20-30 lat temu, ale w żadnym wypadku zmiany demograficzne nie mogą tłumaczyć aż tak wielkiego spustoszenia.
Gminy mówią natomiast wprost, przyczyną tak drastycznych cięć wydatków na oświatę, a tym samym likwidacji placówek edukacyjnych są limity narzucone samorządom przez ministerstwo finansów oraz ustanowiona Karta nauczyciela, która praktycznie uniemożliwia prowadzenie elastycznej polityki kadrowej na polu edukacji.
Powstaje zatem ogólna szarpanina, z której najbardziej poszkodowane wyjdą polskie dzieci, a koniec końców całe społeczeństwo. Już dziś poziom nauczania w Polsce staje się zatrważająco niski, natomiast w kolejnych latach tendencja ta nie tylko będzie się utrzymywała, ale będzie się wręcz pogłębiała. Niegdyś popularne było hasło, 1000 szkół na tysiąclecie państwa polskiego. Można zastanawiać się nad tym, jakie hasło przyświeca osobą sprawującym obecnie władzę? Można też zastanowić się nad tym, jakie hasło będzie przyświecało epoce obecnych rządów, może: zastali Polskę murowaną a zostawili rozgrzebaną. Konkurs otwarty.
Przez bałagan w MSW i MAC zmarnowano kilkaset milionów złotych
2012-04-04
Na wskutek bałaganu w MAC i MSW już teraz wiadomo, że do piachu poszło się czochrać mniej więcej 400 mln złotych przeznaczonych na wprowadzenie nowych e-dowodów. Projekt „pl.ID” nadzorowany przez trzy lata przez wiceministra Piotra Kołodziejczyka oraz Centrum Projektów Informatycznych wart był taką właśnie sumę, jednak resort unieważnił przetarg na jego realizację. Jaki jest powód tej drastycznej decyzji? Ano taki, że zdaniem ministra Michała Boniego wprowadzenie nowego dowodu, w obecnej rzeczywistości administracyjnej i ewidencyjnej w Polsce byłoby bezsensownym gadżetem.
Dotychczas na prace związane z przygotowaniem tegoż projektu wydano już około 100 mln złotych. Aby było jasne, jak wskazuje ministerstwo rozwoju regionalnego, istnieje jedynie cień szansy, raczej iluzja niż realna szansa, na to, że rozliczenia tych funduszy podejmie się Unia Europejska, jak początkowo zakładano. W konsekwencji, te 100 mln zł. zapłacą, to jak to zwykle bywa, polscy podatnicy.
Aby było jeszcze ciekawiej, w trakcie realizacji są jeszcze inne projekty rozgrzebane przez Centrum Projektów Informatycznych, takie jak OST 112, SI PR, e-PUAP, e-usługi, które łącznie wyceniane są na mniej więcej 1,2 mld złotych. Zgodnie z chwalebnymi założeniami, projekty te miały być współfinansowane przez Komisję Europejską, jednak bałagan i chaos panujący w polskim MAC i MSW sprawiają, że jest więcej niż wątpliwe aby Unia miała ochotę ładować się w taki bajzel. Skutkiem tego będzie nie tylko utrata tych funduszy, ale także zmarnowanie ponad trzech lat pracy urzędników oraz dalsze opóźnienia w stworzeniu w Polsce profesjonalnego i nowoczesnego systemu ewidencyjnego.
Pozostaje na koniec spytać się, choćby z przyzwoitości, czy ktoś beknie za zmarnowanie kilkuset milionów złotych? W zasadzie, można powiedzieć, że nadzorujący cały ten bardach Piotr Kołodziejczyk stracił posadkę wiceministra i… no i to by było na tyle. Czy ktoś uważa, że jest to adekwatna kara za dokonane spustoszenia? Jeśli tak, to życzę powodzenia.


Rządowy listek figowy za ćwierć miliona złotych
2012-04-04
Czy ktoś pamięta jeszcze moment spektakularnego przejścia wschodzącej gwiazdy polskiej lewicy Bartosza Arłukowicza do, zaciekle krytykowanej przez siebie PO? Jeszcze w toku prac sejmowej komisji śledczej ds. afery hazardowej ten sam Arłukowicz nie pozostawiał suchej nitki na rządzie Donalda Tuska. Tymczasem ten sam Tusk wykonał prawdziwy majstersztyk w kiwaniu ówczesnego lidera SLD Grzegorza Napieralskiego podkradając mu tegoż właśnie Arłukowicza. Aby było zabawniej Tusk obiecał nowej gwiazdce swojego dream teamu szczecińską jedynkę w zbliżających się wyborach parlamentarnych, co było dodatkowym prztyczkiem w nos Napieralskiego, który również kandydował właśnie ze Szczecina.
Ale przecież nie tylko tym premier zwabił bojownika lewicy na swoją stronę barykady, to byłoby przecież zbyt naiwne. Znacznie bardziej wymiernym gestem było zaoferowanie mu stanowiska w KPRM w charakterze sekretarza do walki z wykluczeniami społecznymi. Każdy choćby szczątkowo interesujący się polską polityką miał świadomość tego, że stanowisko to zostało uszyte wprost na miarę Arłukowicza i tylko do celów propagandowych. Mimo to nowa gwiazdka lewej flanki PO zapowiadała, że nic podobnego nie ma miejsca, że urząd należy traktować poważnie, że znajdą się w nim osoby pełne pozytywnej energii i rewolucyjnych pomysłów. Wszystko naturalnie w służbie szaremu obywatelowi.
Mijały kolejne miesiące, nadszedł czas wyborów i nowego politycznego rozdania. Wprawdzie w następstwie wyborów wiele się nie zmieniło, rządzi nami ta sama koalicja co przed wyborami, z tym samym premierem i wicepremierem, ale jednak z pewnymi zmianami na stanowiskach ministerialnych. Jedną z nich było przesunięcie zasłużonej w walce o lepsze jutro polskich pacjentów Ewy Kopacz na odcinek marszałkowski w Sejmie oraz wstawienie na jej miejsce tegoż właśnie Arłukowicza. Nie potrzeba wiele wyobraźni, aby zauważyć w tym spełnienie innej obietnicy premiera Tuska z maja zeszłego roku, który niechybnie przyobiecał to ministerstwo w ramach wabienia Arłukowicza do swojej załogi.
No i wszystko byłoby w zasadzie pięknie i logicznie, tak jak należałoby się tego spodziewać. Ale zaraz, zaraz… co się stało ze stworzonym dla Arłukowicza stanowiskiem w KPRM, co z sekretariatem do walki z wykluczeniami społecznymi, kto przejął po panu Bartoszu to niezwykle odpowiedzialne i ważne stanowisko? Ano jak się okazało nikt, nikt nie przejął zajmowania się sprawami wykluczonych, po prostu, urząd zlikwidowano i cześć. Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to zapewnie kolejnym dowodem na to, że Polska faktycznie jest zieloną wyspą, na której nie ma już żadnych wykluczonych, a zatem po co utrzymywanie takiego urzędu. Obawiam się jednak, że prawda jest bardziej prozaiczna. Zwyczajnie, od samego początku stanowisko to, cały ten urząd stanowił jedynie cyniczny parawan, za którym starano się przykryć polityczną prostytucję jakiej dopuścili się do spółki Tusk z Arłukowiczem. Można powiedzieć, że w sumie to nic takiego, ot zwyczajne polskie bagienko. Szkoda tylko, że ten listek figowy kosztował podatników około ćwierć miliona złotych, ponieważ taki był budżet sekretariatu Arłukowicza.
Niby nic… co to jest ćwierć miliona złotych w skali ogólnego marnotrawstwa dokonywanego przez rządzących. Faktycznie, to niewiele, ale jednak dla zwykłego człowieka jest to kwota astronomiczna, kwota za jaką bardzo wielu z nas musi wyżyć przez 10-15 lat, bo takie ma zarobki. Teraz to robi wrażenie?
Flota rządowych limuzyn urosła już do 300 pojazdów
2012-04-03
Tyle było zamieszania w sprawie emerytur, w sprawie „reformy” emerytalnej polegającej na dokonaniu przez rząd PO-PSL kradzieży na świadczeniach wypracowywanych przez szarego obywatela, kradzieży dokonanej rzekomo w interesie państwa, które inaczej czekałoby bankructwo. Ciekawe, że rządzący nie rozejrzą się dookoła i nie poszukają oszczędności dla budżetu, które mają koło nosa, a więc na sobie samych. Jak daleko musieli już oderwać się od rzeczywistości, jak bardzo musieli zatracić już elementarne normy przyzwoitości skoro im samym nie wstyd na myśl o tym, na co idą państwowe pieniądze.
A jak się okazuje, państwowe pieniądze w znacznej mierze idą na coraz to nowe luksusy dla naszych kochanych rządzących. A zatem szaremu Kowalskiemu praca do grobowej deski lub głodowe pseudo emerytury, a ministrom coraz to nowe limuzyny. Liczby w tym wypadku nie kłamią, flota rządowych samochodów pod rządami PO rozrosła się już do ponad 300 pojazdów i chyba już nikt w rządzie nie zadaje sobie nawet pytania po co kolejne samochody. Dla porównania w Wielkiej Brytanii jedynie reprezentacyjne ministerstwo spraw zagranicznych ma zapewnione służbowe samochody, podczas gdy w innych resortach byłoby to nie do pomyślenia. No ale przecież Wielka Brytania jest w kryzysie, a Polska jak wielokrotnie udowadniał nam premier z ministrem finansów jest wciąż jaskrawo zieloną wysepką na morzu recesji. To i nie dziwota, że właśnie nasz kraj stać na prawdziwy bizantynizm, którego nie powstydziłby się nawet bacuszka Władimir Władimirowicz z moskiewskiego Kremla. Gdyby w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji lub Szwecji okazało się, że do dyspozycji jednego ministra stoi ponad 80 samochodów doszłoby do niebywałego wrzenia. W Polsce szef MON dysponuje 85 samochodami i nikt nie widzi w tym żadnego problemu.
No ale na poważnie. Spróbujmy sobie na szybko policzyć. Średnio kierowca rządowej ministerialnej taksy bierze minimum 4,4 tys. zł miesięcznie, co daje nam w tej skali wydatek około 6,8 mln zł rocznie, na samych tylko kierowców. Dodajmy do tego koszt ubezpieczenia. Jakoś nie chce mi się wierzyć aby rządowe cacka nie miały AC i NNW, a biorąc pod uwagę, że raczej nie są to stare polonezy czy fiaty, tylko nowoczesne i bogato wyposażone volkswageny, skody czy volvo to koszt rocznego ubezpieczenia jednego takiego samochodu to około 7-9 tys. złotych, czyli za całą flotę mamy około miliona złotych rocznie. Do tego dołóżmy serwisowanie, przeglądy, benzynę itp. to okaże się, że na cały ten majdan idzie rocznie około 8-9 mln złotych.
Ktoś powie, że w skali wydatków budżetowych i rozdętej biurokracji to śmiesznie małe pieniądze. Ale nie trzeba być tytanem wyobraźni, aby uzmysłowić sobie, że zamiast wywalania takiej kasy na rządowe samochody można byłoby te pieniądze przeznaczyć na 200 złotową miesięczną podwyżkę dla około 3500 emerytów, którzy często muszą wyżyć za 800 złotych miesięcznie, czyli praktycznie na granicy egzystencji. Ale przecież kogo w rządzie to obchodzi, kogo w rządzie obchodzi cokolwiek. Takiego rozpasania, jakie obserwujemy obecnie nie było nawet za czasów SLD, a w tedy z pewnością sobie nie folgowano.
Aż chciałoby się powiedzieć, że zamiast tych 300 samochodów przydałaby się jedna solidna taczka, aby wszystkich tych darmozjadów wywieźć na oślą łączkę.
Ministra Mucha rządową limuzyną jeździ na masaże
2012-04-03
Po okresie bujnej aktywności ministry Muchy z pierwszych tygodni roku mieliśmy do czynienia z mrożącą krew w żyłach posuchą wiadomości na jej temat. Na szczęście stęsknieni za obecnością w mediach mieli okazję wreszcie odetchnąć z ulgą. Mogliśmy się zatem przekonać, że nie tylko premier wykorzystuje służbowe limuzyny do niezwykle ważnych spraw wagi państwowej typu popołudniowa partyjka w tenisa, lub wieczorny meczyk w gałę z kolegami. Także i pani ministra pokazała, jak z klasą potrafi prezentować się członek polskiego rządu.
Jak się okazało po wyczerpującej pracy w ministerstwie Joasia Mucha musi regenerować swoje siły witalne podczas masażu. A że nie jest byle babą ze wsi to na tego rodzaju wizyty przejeżdża sobie służbową limuzyną, oczywiście w celu realizacji służbowych obowiązków. Wszak już premier dał przykład, że przecież członek rządu jest w pracy o każdej porze dnia i nocy, nie ma wytchnienia w katorżniczej pracy. Aż łezka w oku się kręci na wspomnienie o tym, jak pracowitych mamy ministrów.

MSWiA do szpiku kości przeżarte korupcją, skarb państwa mógł stracić kilka miliardów złotych
2012-03-09
Ktoś powie, że największe natężenie patologii korupcji w administracji publicznej przypadło na okres niesławnych rządów SLD-UP, których symbolem stała się najsłynniejsza bodaj afera korupcyjna "Rywina". W rzeczywistości jednak, słynna afera z udziałem znanego producenta filmowego może być śmiało zaliczona jako niewinny przekręcik, wobec skali korupcji jaka przetoczyła się przez kraj w ostatnich latach, kiedy do władzy doszła ekipa z PO.
Wokół całej sprawy zrobiło się głośno w październiku 2011 roku, kiedy zatrzymano szefa Centrum Systemów Informatycznych przy MSWiA. W toku prowadzonego śledztwa na jaw wychodziły kolejne fakty, związane z patologicznym funkcjonowaniem instytucji publicznych. Szef CBA Paweł Wojtunik mówi wprost, że skala korupcji, związanej z tym śledztwem przekracza wszystko, z czym dotychczas służby miały do czynienia. Także minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki nie ukrywa, że z tego co mu wiadomo, jest to bez wątpienia największa afera korupcyjna w historii III RP, w skótek której państwo mogło stracić przynajmniej kilka miliardów złotych.
Doniesienia te znakomicie wpisują się w podpisaną przez premiera Donalda Tuska obietnicę podjęcia rzeczywistej walki z korupcją. Owszem, można się cieszyć, że faktycznie prędzej czy później służby zajęły się sprawą. Trzeba jednak pamiętac, że stało się to dopiero w momencie, kiedy skala patologii osiągnęła już niemożliwe do utrzymania w tajemniecy rozmiary.
Większość dzisiejszych emerytów musi wyżyć za 1000 zł miesięcznie
2012-03-09
Jak wynika z ustaleń GUS średnia emerytura wypłacana z rolniczego KRUS to około 1000 zł miesięcznie. Należy jednak przy tym założyć, że większość emerytów biorących świadczenia z tego systemu otrzymuje znacznie mniejsze środki na życie. Zdecydowanie lepiej wiedzie się emerytom korzystającym z ZUS, którzy średnio otrzymują około 1700 złotych. W praktyce oznacza to, że większość emerytów otrzymuje tak naprawdę około tysiąca.
Działa tu oczywiście ten sam złudny mechanizm jak w przypadku danych dotyczących płacy średniej w gospodarce krajowej. W teorii średnie wynagrodzenie wynosi około 4000 zł, natomiast w praktyce mediana wynagrodzenia kształtuje się na poziomie około 1500 zł. Nie inaczej jest w przypadku emerytur. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że o ile większość emerytów musi wyżyć jakimś cudem, za wspomniany tysiąc, o tyle grupa wybrańców, najczęściej z kręgów wyżej postawionej budżetówki, otrzymuje miesięcznie niespełna 3000 zł.
Jakie ma to przełożenie na realne warunki życia polskiego emeryta? Sytuacja wygląda tak, że co szóstego nie stać na posiadanie prakli automatycznej, co piątego nie stać na ogrzewanie mieszkania zimą, a spożycie mięsa przypomina czasy przedwojenne, kiedy czekano na okres świateczny aby zasmakować czegoś z mięs. Czy można nazwać normalnym stan, w którym ludzie po odpracowaniu czterdziestu lat, otrzymują od państwa na starość marne ochłapy, z trudnem umożliwiające przetrwanie?
Amerykanie nie zniosą wiz dla Polaków
2012-03-09
Ostatnia deklaracja amerykańskiej sekretarz stanu Hilary Clinton wyraźnie wskazuje, w jakim miejscu jesteśmy na drodze do zniesienia wiz wjazdowych do Stanów Zjednoczonych dla Polaków. Mówiąc krótko, jesteśmy w punkcie wyjścia. Tyle przynajmniej wynika ze spotkania między Clinton a Sikorskim, które odbyło się 7 marca w Waszyngtonie. Rzecz jasna, obie strony nie szczędziły sobie dyplomatycznego gołosłowia. Jednak to co interesuje polskich obywateli, to z pewnością nie koniecznie to, że polska ambasada obsługuje amerykańskie interesy w Syrii, ale to czy wreszcie będziemy, jako Polacy, traktowali na równi z obywatelami innych europejskich państw, którzy nie mają żadnych problemów z wjazdem do USA.
Mija właśnie piąty rok od czasu kiedy u sterów polskiej dyplomacji stoi Radosław Sikorski, człowiek, który miał być za pan brat z przedstawicielami waszyngtońskiej administracji, człowiek, który miał załatwiać rzeczy niemożliwe od ręki, a na cuda pracować najwyżej tydzień. Tymczasem po upływie ponad czterech długich lat, w czasie których Polska często brała stronę amerykańskiego partnera, angażowała się w realizację amerykańskiej polityki zagranicznej, nadal możemy liczyć co najwyżej na przysłowiowy guzik z pętelką.
Swoją drogą trudno się i temu dziwić. Jakim cudem Amerykanie, którzy sami mają niemal bzika na punkcie suwerenności i niepodległości mogą poważnie traktować człowieka, który publicznie stwierdza, że suwerenność jest dla niego jedynie figurą retoryczną. Swoją postawą Sikorski dał jasno do zrozumienia, że jest człowiekiem niepoważnym, co dla osoby piastującej tak ważne stanowisko jakim jest ministerstwo spraw zagranicznych, jest sprawą kompromitującą.
Dodatki i premie jak za socjalizmu, albo jak w bankrutującej Grecji
2012-03-09
Dawniej zwykło się mawiać "Ze wsi to ty może wyszedłeś, ale wieś z ciebie na pewno nie wyszła". Powiedzenie to jak ulał pasuje do naszego społeczeństwa, społeczeństwa posttransformacyjnego, które w głębi serca najwyraźniej nie może dorwać się od socjalistycznej przeszłości. Wskazują na to niezliczone wprost ulgi, świadczenia, premie, dodatki wypłacane lub oferowane dziesiątkom zawodów z państwowej budżetówki. Śmiejemy się i pomstujemy na Gregów, którzy nie chcą pracować i nie zamierzają rezygnować z tysięcy najróżniejszych ulg finansowych oferowanych przez władze. A już dawno powiedziano, że ten winien rzucać kamieniem pierwszy, kto sam jest bez winy. A pod tym względem wcale nie jest o wiele lepiej niż w pogrążonej w chaosie Grecji, a na pewno nie jest lepiej niż za dawnych dobrych czasów gierkowszczyzny.
Lekarze, nauczyciele, górnicy, energetycy, hutnicy, prawnicy, służby mundurowe, kolejarze, pracownicy komunikacji miejskich, urzędnicy itd. to potężna grupa ludzi, znaczna część społeczeństwa, która nadal jest bonusowo finansowana w najróżniejszy sposób, z pieniędzy pochodzących z budżetu państwa. Rok w rok grube miliardy złotych rozpływają się pomiędzy pracownikami tych branż w sposób praktycznie niemożliwy do skontrolowania, właściwy tradycjom ciemnego PRL. Tanie kredyty, dodatki mieszkaniowe, mieszkania i samochody służbowe, dodatki na ubrania, rabaty ocierające się o 100 proc. podstawowej sumy usługi, ulgi, darmowe przejazdy komunikacją publiczną, liczne premie finansowe, "trzynastki", a nawet "czternastki", deputaty itd. To wszystko jest wypłacane z państwowych pieniędzy niezależnie od oficjalnych pensji.
Logicznym byłoby zlikwidowanie tych wszystkich bonusów przy jednoczesnych podwyżkach, nawet bardzo poważnych. Wówczas udałoby się unormować tę chorą sytuację, zapewnić przyzwoity poziom kontroli nad środkami publicznymi oraz uregulować sprawy związane z odprowadzaniem podatki itp. Zmniejszyłaby się także radykalnie ilość zupełnie zbędnych formalności i biurokratycznych kruczków prawnych. Cała sfera budżetowa zyskałaby na tym w każdym praktycznie wymiarze, co przełożyłoby się na poprawę jakości świadczonych przez nią usług.
Okazuje się jednak, że nie jest to możliwe. Związki zawodowe bronią zażarcie swoich przywilejów, a państwo okazuje się całkowicie pozbawione wyobraźni w prowadzonych negocjacjach. Brakuje też zupełnie motywacji do tego, aby rzeczywiste działania na tym polu podjąć, ponieważ są to patologie, do których wszyscy zdążyli się już na tyle przyzwyczaić, że mało kto traktuje je jako coś nienormalnego.
Otwarte zatem pozostaje pytanie, kiedy wreszcie zakończy się w Polsce okres socjalizmu. Formułkowa odpowiedź, że socjalizm umarł 4 czerwca 1989 roku ma tyle wspólnego z rzeczywistością, ile tamte wybory z wyborami demokratycznymi.

Jak ideologia staje się nauką akademicką
2012-03-09
Studia genderowe, które na zachodnich uczelniach pojawiły się już czterdzieści lat temu zapuściły już głęboko korzenie także na polskim gruncie akademickim. Takie uczelnie jak Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu czy Polska Akademia Nauk to główne ośrodki naukowe w kraju, w których burzliwy rozwój przeżywają studia genderowe. Z rzeczywistą nauką mają oczywiście niewiele wspólnego, nie służą bowiem na odkrywaniu rzeczywistości, ale na jej arbitralnym tworzeniu. Nie ma żadnych, merytorycznych, interpersonalnych kryteriów, które mogłyby być zastosowane w tym kierunku intelektualnym. Owszem, jest przedmiot zainteresowań badawczych, są osoby które podejmują te zainteresowania, ale nie ma żadnej spójnej metodologii, a tym samym nie można tych zainteresowań określić mianem nauki.
Gdyby logicznie na to spojrzeć, czym różnią się, poza oczywiście samym przedmiotem, ale biorąc pod uwagę samą logikę i formalne podstawy, czym różnią się gender studies od ideologicznych wykładów z marksizmu i leninizmu, które były obowiązkowe w okresie ciemnego PRL? Czy może ktoś logicznie wyjaśnić, na czym polega różnica pomiędzy gender studies a ideologią nie mającą nic wspólnego z nauką?
Co zdumiewające, w niczym nie przeszkadza to, aby studia genderowe coraz pewniej rozsiadały się na najbardziej renomowanych uczelniach w kraju. Uznaniu profesorowie i uczeni nie widzą niczego absurdalnego w tym, aby subiektywne wynurzenia, w swojej naturze często skrajnie aspołeczne, polegające na promowaniu działań proaborcyjnych, na promowaniu homoseksualizmu, zwalczaniu tradycyjnej rodziny, uznawać za równorzędną i równoprawną naukę. Czyż nie jest absurdem aby nauczanie o rodzinie wprowadzać do jednego instytutu z patologiami społecznymi, a tworzyć odrębny instytut gender studies? A przecież to własnie dzieje się na naszych oczach, na największej polskiej uczelni jaką jest Uniwersytet Warszawski. Co więcej, wszelkie próby przeciwstawienia się temu traktowane są jako siermiężny ciemnogród, jako szowinizm, zaścianek itp. Moje pytanie brzmi, czemu służyć ma promowanie patologii społecznych jako normy? Czy ktokolwiek z tych którzy promują równouprawnienie homoseksualizmu, transseksualności, w pełni legalnej aborcji, niszczenia rodziny i moralności zastanawia się nad długofalowymi konsekwencjami funkcjonowania takich mechanizmów społecznych? Czy naprawdę trzeba najpierw koniecznie doprowadzić do autodestrukcji społecznej, aby przekonać się, że jest to projekt nierealny. Czy nie można racjonalnie przewidywać i analizować potencjalnych konsekwencji takiego stanu rzeczy.

Polecam zatem artykuł na serwisie "Rzeczpospolita":

|